Ostatnie Wpisy

Fisz/Emade - Heavi Metal

Autor: recenzownia | Kategorie:
Tagi: emade, fisz, heavi metal, hip-hop, muzyka, recenzja
21. czerwca 2009 17:28:00

 

Heavi_metal

 

Recenzując longplay braci Waglewskich natrafiłem na nie lada problem. Jak opisać na blogu płytę kogoś, kto powinien być oceniany przez największe czasopisma muzyczne na świecie, kogoś kto przewyższa swoją muzyką większość (zastrzegam, większość, nie wszystkich!) rodzimych wykonawców? Głupio mi ale nadal chcę wam opowiedzieć o Heavi Metal.

Z płyty bije surowość – nie tylko bitów ale i wokalu. Fisz i Emade nigdy nie nagrali muzyki tak prostej a zarazem tak trudnej. Jak sądzę, gdyby dać do posłuchania kawałki z tej płyty zwykłemu fanowi hip-hopu, nie spotkały by się one ze szczególną aprobatą. Teksty autorstwa Fisza przesiąknięte są metaforami, wymagają kojarzenia pewnych faktów i zależności lecz zarazem są bardzo dosadne. Potrzebuję iluzji, złudzeń jak powietrza, bo nie mogę przestać pompować mego serca (Furiat) – powiedzcie na ile sposobów można zrozumieć ten tekst? Mógłbym podać wiele przykładów niezwykłego talentu poetyckiego Fisza. A jeżeli chodzi o wykonanie? Cóż, Bartek przyzwyczaił nas do tego, że w większości kompozycji brzmi jakby był nieco znudzony. A ma to swój wielki czar. Poza tym, gdy trzeba, wokalista potrafi oddać emocje barwą głosu (Pani Bum Bum, Najpiękniejsza Kobieta w Mieście). O czym opowiada nam Fisz? Jest różnie, naprawdę różnie. Znajdziemy tu kawałki w których artysta przedstawia nam niejako siebie lub swoją muzykę (Furiat, Szef Kuchni). Ciekawe są utwory typu Kawa i Papierosy , Najpiękniejsza kobieta w Mieście, Wiosna 86, gdzie Fisz opowiada historie miłosne, niekoniecznie zakończone happy endem. Powiem szczerze – słuchałem tych utworów z przejęciem, czekając na rozwój sytuacji. Czułem się trochę jak moja dziewczyna, która z wielkim przejęciem śledzi rozwój uczucia Antonio i Conchity w różnego typu komediach romantycznych. Jednak wcale się tego nie wstydzę, to co serwuje nam Fisz w swoich piosenkach naprawdę porywa. Więcej szczegółów warstwy wokalnej nie zdradzę, po co odbierać wam element zaskoczenia?

Do surowości śpiewu świetnie pasuje warstwa muzyczna stworzona przez drugiego z braci Waglewskich – Piotra- Emade. Czerpał on niewątpliwie garściami z muzyki hip-hopowej lat 80, 90 XX wieku. Wystarczy posłuchać Wiosna 86, Heavi Metal czy Iron Maiden by się przekonać. Czy można to uznać za wadę? Absolutnie nie, takie oldschoolowe beaty są jak najbardziej na miejscu, patrząc na tekstowe wyprawy w rejony swych młodzieńczych wspomnień. Jednak muzyka nie ogranicza się tylko do zwykłych, nieco zestarzałych beatów i samplowanych podkładów. Gdzieniegdzie można usłyszeć instrumenty klawiszowe, fragmenty piosenek innych wykonawców. Wszystko to tworzy niezwykle przejmujące i szczere kompozycje. Wielki szacunek dla Emade za skomponowanie takiej muzyki oraz wyprodukowanie niezwykle przemyślanej płyty. Gdyby wszystkie utwory hip-hopowe były tak rozbudowane i tak przemyślane stałbym się bez wątpienia fanem polskiego hip-hopu. A tak, Fisz/Emade pozostają tylko rzadkim odejściem od prostoty i niekiedy bezmyślności twórców.

Wiem, że muzyka braci Waglewskich nie pasuje do moich wcześniejszych recenzji. A gdy powiem, że płyta niezwykle mi się podoba, pokazuje to pełnie klasy Fisza i Emade. Jeżeli nie gustujesz w hip-hopie, nie odrzucaj Heavi Metal, naprawdę wartą ją odpalić w odtwarzaczu i posłuchać co Fisz ma nad do opowiedzenia. A opowiada to bardzo inteligentnie, bez patosu lecz też bez ‘lansiarskiego’ stylu polskiej sceny hip-hopowej.

 

Ocena: 9/10

 

 

Placebo – Battle for the Sun

Autor: recenzownia | Kategorie:
Tagi: battle for the sun, placebo, recenzja, rock
15. czerwca 2009 18:40:00

 

Battle for the Sun


W muzycznym świecie niezwykle często jest tak, iż zmiany personalne w zespołach rzutują na muzykę przezeń graną. Nie jest to reguła ale bardzo powszechne zjawisko. Placebo, jednych z czołowych przedstawicieli alternatywnego rocka, opuścił perkusista Steve Hewitt a na jego miejsca przybył, były już, pałker grupy Eveline (która miała okazję supportować Placebo podczas trasy promującej album Meds) Steve Forrest. A więc rotacje nastąpiły. Zmian w stylu muzycznym nie stwierdzono. Co nie zmienia faktu, że Battle for the Sun to jeden z najlepszych albumów Placebo w ich karierze.

Nie owijając zbytnio w bawełnę – tego albumu po prostu chce się słuchać. Nasze wspaniałe, wielonarodowe i wieloorientacyjne trio zafundowało słuchaczom naprawdę solidną dawkę melodyjnego rocka w swoim własnym, niepowtarzalnym stylu. Brian śpiewa o niebo lepiej niż na Meds, nie odnoszę wrażenia, że ‘chce a nie może’. Jego głos brzmi naprawdę dobrze i oddaje emocje zawarte w każdym utworze. A jest ich tam niemało. Jak Placebo zdążyło nas już przyzwyczaić, teksty nie są przesiąknięte optymizmem ale nie ma też depresyjno – autoagresywnej stylistyki znanej z poprzednich płyt. Jest za to miłość – cielesna jak w Kitty Litter, agresywna jak w Ashtrey Heart czy nieszczęśliwa jak w Battle for the Sun. Depresja wciąż ślizga się w słowach Briana lecz nie jest tematem przewodnim płyty. Fanom dołujących klimatów zaproponuję Devil In The Details, The Never-Ending Why. Cieszę się niezmiernie, że lirycznie I instrumentalnie, płyta nie jest już tak jednostajna jak poprzednie. Chłopaki nie boją się eksperymentować z dźwiękami, podają nam spokojną, popową melodyjkę by za chwilę, na złamanie karku pędzić w kierunku rocka.

Inna historia, że wszystkie (tak, dokładnie wszystkie) kawałki, z powodu swojej warstwy muzycznej, lirycznej i wokalnej to potencjalne hity. Przyznam bez bicia, że czasami Placebo zbliżają się niebezpiecznie do wesołego popu ale nigdy tej granicy nie przekraczają. To wciąż jest rock i to bardzo dobry rock. A, że ludziom się to podoba? Wypada się tylko cieszyć.

Bo co miałoby nie pasować? Na tym krążku znajdziesz wszystko. Lubisz szybko i ostro? Proszę bardzo – Kitty Litter, For What It’s Worth. Może wolisz spokojnie i delikatnie? Nie ma problemu – Julien, Happy You’re Death. Słucham? Jesteś niezdecydowany? Lubisz po prostu dobrą muzykę? Włóż płytę do odtwarzacza i wciśnij ‘play’.

 

Ocena:9/10 

 

 

Zmaza - To Nie My

Autor: recenzownia | Kategorie:
Tagi:
12. czerwca 2009 12:39:00

 

ToNieMy

Cztery lata temu pojawia się nieco tajemnicza grupa z Trzcianki. Znana wcześniej z lokalnych koncertów w końcu wchodzi do studia i nagrywa płytę p.t. Owszem – bardzo dobra płytę. Chłopaki ze Zmazy odświeżają oblicze rodzimego punk rocka – grają oryginalnie, szybko, śpiewają bezpretensjonalnie. Sami swoją muzykę nazywają „psychodelicznym punkiem”. Co prawda nie odnieśli sukcesu komercjalnego (pewnie nawet na to nie liczyli) ale w kręgach fanów ostrego grania stali się symbolem młodej fali polskiego punk rocka. Po kilkuletniej przerwie nadszedł czas na kolejny album – To Nie My.

Styl grupy nie zmienił się specjalnie – większość utworów na płycie to prawdziwe petardy. Jednak jeżeli to twoje pierwsze spotkanie ze Zmazą, tutaj czeka cię zaskoczenie. Ogólnie przyjęto, że punk to muzyka prosta, spod szyldu „dwa akordy, darcie mordy”. Uważajcie słuchając tego longplay’a – można paść na twarz ze zdziwienia. Słychać, że Młody, Szadok i Sopel mają dużo więcej do zaoferowania. Co prawda, utwory nie są już tak różnorodne jak na pierwszej płycie lecz nadal zaskakują liczne solówki, zwolnienia, przyśpieszenia, wokalne akrobacje Młodego (szczególny podziw za Wariata). W Blanchett możemy nawet usłyszeć Bladego Krisa. Niezła mieszanka, nie? Na uwagę zasługuje kawałek Pitbull – powiem szczerze, że to jedna z najlepiej opowiedzianych historii jakie ostatnio słyszałem, zarówno pod względem wokalnym jak i instrumentalnym. Cała płyta to w zasadzie zbiór opowieści kryminalno-obyczajowych. Usłyszymy o morderstwach (Blanchett, Zegarek) czy porwaniach dla okupu (Pitbull). Oprócz tego zespół przekazuje nam swój kpiący stosunek do nowobogackiej młodzieży (Wakacje w Iraku), konformizmu (Ludzie, Niedziela), polskiej sceny politycznej (Cyfry). Nudzić się nie można. Niestety, nie wszystkie utwory trzymają poziom. Nowy dzień czy Po co? Nie wnoszą nic nowego do płyty, lecą w głośniku a zaraz później uciekają tak daleko, że zapominamy o ich istnieniu.

Co można powiedzieć na zakończenie? Może tak – jeżeli nie potrafisz wyobrazić sobie mieszanki Nirvany, Farben Lehre, Sex Pistols z Mindless Self Indulgence to nie polecam ci tej płyty. Ale jeżeli przeczytałeś nazwy zespołów powyżej i poczułeś ukłucie w mózgu, jak najszybciej zdobądź płytę Zmazy lub jedź na koncert. To jest coś dla ciebie.

 

 Ocena: 7/10

 

Green Day – 21st Century Breakdown

Autor: recenzownia | Kategorie:
Tagi: 21st century breakdown, green day, rock
11. czerwca 2009 18:25:00

 

 

Długo kazali nam czekać panowie z Green Day na nowy, studyjny album. Czy jednak należy się dziwić? Aż trudno sobie wyobrazić jak wielkie były oczekiwania fanów po genialnym American Idiot. Czy zespół poradził sobie z tak wysoko postawioną poprzeczkę? Wiadome jest, że większość zespołów, po dobrej płycie wydaje nieco słabszą, która i tak sprzeda się dobrze niesiona sukcesem swojej poprzedniczki. Na szczęście nie dotyczy to chłopaków z East Bay. 21st Century Breakdown to naprawdę bardzo dobra płyta. Green Day poszedł ścieżką wyznaczoną przez American Idiot i nagrał kolejny album koncepcyjny. Tym razem piosenki opowiadają historię Christiana i Glorii, pary żyjącej w Ameryce rządzonej przez Busha. A jeżeli chcecie drogie dzieci poznać dokładnie tę bajkę, odpalcie jak najszybciej longplay.

Mogę wam tylko powiedzieć, że usłyszycie tam wiele ciekawych, rockowych ballad przeplatanych punkowymi, lecz melodyjnymi kawałkami, które tworzą naprawdę ładną mozaikę dźwięków. Nie wiem dlaczego ale już gdy usłyszałem intro do tej płyty, które wydaje się być nagrane na sprzęcie sprzed 20 lat, wiedziałem, że będzie dobra. Kolejny, tytułowy utwór tylko potwierdził moje oczekiwania. 21st Century Breakdown dobrze określa ramy tej płyty – utwór przechodzący od lekkiego, gitarowego grania do solidnej, punkowej dawki energii. A jeżeli już mówimy o ramach to cała płyta jest nimi otoczona, wszystko ma swój początek i koniec, nic nie jest tu niepotrzebne. Pierwszy utwór (Song of the century) zaczyna się tak jak siedemnasty (American Eulogy) a drugi, wspomniany już 21st Century Breakdown tak jak ostatni na płycie See The Light. W tej mocnej obudowie pływa ogrom dobrej muzyki, w której możemy nawet utonąć.

Jak na album koncepcyjny przystało, teksty poświęcone są konkretnemu tematowi, jednak nie został on przedstawiony w sposób banalny i jednostronny. Christian i Gloria żyją w dziwnym kraju zwanym USA, rządzonym przez dziwnego prezydenta. Otoczkę znamy wszyscy z telewizji i Internetu – jest tu dużo o kryzysie gospodarczym i moralnym (21st Century Breakdown, Before The Lobotomy), o niepotrzebnej agresji, o chorej potrzebie dominacji (Know Your Enemy) czy dotykającego nas wszystkich zagubienia w nowoczesnym świecie (Christian's Inferno). Gdzieś w tym wszystkim poruszają się główni aktorzy, którzy razem chcą przetrwać ten trudny dla nich, dla kraju i dla całego świata, okres (¿Viva La Gloria?). Całą tę opowieść podzielono dodatkowo na trzy akty. Trzeba przyznać, że jakość tekstów stoi na naprawdę wysokim poziomie. Są przemyślane, ciekawe a nieraz bardzo dosadne. Świetnie zgrywają się z muzyką.

Czy jednak nie ma na tej płycie żadnego słabego punktu? Niestety, jest. Co prawda nie można przyczepić się konkretnie do jakiegoś kawałka ale przeraża ich ilość oraz długość. Utworów jest według mnie nieco za dużo i po jakimś czasie zaczynają nużyć. Dobrze jest wtedy przerwać seans, zrobić herbatę i powrócić do słuchania. Być może to brak przerw na reklamę wywołuje takie potrzeby…

Reasumując, trzeba stwierdzić jednoznacznie – Green Day nie zawiódł, nie odciął kuponów, nie przestał się rozwijać. 21st Century Breakdown to płyta bardzo dobra, miejscami genialna, która potwierdza klasę zespołu. Zachęcam do zgłębienia się w historię opowiedzianą nam przez rockowe trio. Nie zawiedziecie się.

 

Ocena 9/10

 

Archiwum

Kalendarz

pn wt sr cz pt so nd
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293012345

Ksiega gości

Księga gości

Kategorie postow

Brak kategorii

shinei | szybkie-zarabianie-na-ekranie | hackerka | agnesa-1 | flawlessgirl | Mailing